zapach truskawek

Wspaniały tydzień spędzony u niego byl poprzetykany egzaminami i ostatnimi kołami. I tak jak sobie przewidzialam poległam na programowaniu :/ chociaż oceny ostatnio miała tak dobre w 4 klasie podstawówki xD Już niewiele do końca, 3 egzaminy i poprawa z ćwiczeń i wita II semestr :D To całe studiowanie nauczyło mnie najwięcej, jak kręcić i lepiej ściagać xD no i pić, pić i jeszcze raz pić! (%)

Dwa dni temu wróciłam do domu i już mi się wszystkiego odechciało. Nie ma ciekawych filmow, granie w RO mi sie znudziło, FFVII na PSP tez już skończyłam (przecież sie ne będę uczyć!). Powoli zbieram sie do jakiejś diety, powoli… Zaczyna sie sezon imprezowania, a mi sie nie chce nigdzie iść, bo „nie mam sie w co ubrać”… taaak, wiem, ale ja mam problemy… :/ Hmm i jakoś nie wiem jak się do tego zabrać, wiem na pewno, że nie będę ćwiczyć… Kupie coś, tone herbatek, jakieś tabletki wspomagające diete, itp i będe na tym zyć… Tak jak kiedyś, rano garśc witamin popijane kawą i do wieczora xD ale ja marudze…
mam ochote na owoce… truskawki :)

tak dlugo?

Dwa miesiace? uch… no tak, to juz troche czasu minelo… uspokojilo sie, zadbalam o jakas statecznosc, choc odwala mi co jakis czas.

Czy stalam sie kobieta dla niego… nie wiem jeszcze, ale jestem jego i zostanie tak na dluugo dluugo. Jest dobrze, spowrotem dumnie nosze pierscionek na palcu. Oddal mi go i wiem co to znaczy…
a teraz swiruje, nie widzialam go dwa dni i do niedzieli pewnie nie zobacze, nawet poklucilam sie z tej calej mojej pokreconej tesknoty… ochhh juz tak bardzo chce go mniec tylko i wylacznie dla siebie, na pewno, na zawsze i nie oddam!!!
Stres, sesja, kolokfia, egzaminy i wogle przejebane… i w domu masakra… czuje sie tu zbednym wydatkiem :/ psychicznie sytuacja wysysa cala energie i chec do zycia :( mialam sie wyprawadzic, ale srodki finansowe nie pozwalaja… ehh nie ma co opisywac…
dzis to juz jest przeginka. Po calym dniu na uczelni od 9 do 19 w tym wiekszosc to zajecia z analizy matematycznej i jebanych calek i rozniczkowania (ja pierdole…), w koncu dotarlam do domu i co znalazlam na biurku… rachunek do zaplacenia… zajebiscie pozytywnie… niby nic, ale to jakos udeza w moja godnosc :/ pol mojega zycia odgrazali mi sie, ze w koncu bede im placic, ehh i jakos wole sie wyprowadzic i zyc biedniej niz widziec ich satysfakcje na tych obludnych twarzach, a szczegolnie mojej matki. Odgrzalam sobie moje wczorajsz spagetti, ktore zrobilam z mysla o obiedzie rodzinnym, bo byla moja siostra z dziecmi… ale i tak nikt tego nie jadl… jedynie ojciec troche zjadl i pochwalil… no to dzis odgrzalam reszte wsunelam na rozgrzewke i popilam czerwonym winem. W koncu zadzwonil chlopak i klucilam sie z nim… o nic… bo tesknie… bo kurwa zero oparcia… ja tez mam zajebiscie duzo nauki… i jeszcze prace na glowie…
no, i juz pol butelki wina poszlo…
i byl sylwester taki w pyte… poznalam bardzo fajna dziewczyne i jej chlopaka, ktorego kiedys bardzo dawno temu zajebalam w gebe, bo… a nie wazne :P ale koles zmienil sie nie do poznania, wydoroslal i reszta kumpli mojego chlopaka, nie dorasta mu do piet.
a teraz powinnam uczyc sie prawa gospodarczego na egzamin w poniedzialek… dupa i tak polegne na programowaniu…